|
Ola, jak trafiłaś do Indonezji i to na wyspę, która wcale nie jest tą najbardziej znaną?
Na Flores trafiłam zupełnie przypadkiem, do samej Indonezji też. Z moim ówczesnym partnerem byliśmy w trakcie podróży z Malediwów na wyspy Tonga na Pacyfiku. To był tylko taki ogólny plan, więc kiedy okazało się, że pojawiły się kłopoty z dotarciem do celu, łatwo było nam go zmienić. Byliśmy wtedy na lotnisku w Kuala Lumpur i zastanawialiśmy się, co zrobić. Na tablicy odlotów pojawiła się informacja, że za dwie godziny jest lot do Dżakarty. Dopytaliśmy tylko o formalności dotyczące wiz i wsiedliśmy do samolotu. Po dwóch dniach spędzonych w Dżakarcie polecieliśmy na Bali, ale nie zatrzymywaliśmy się tam. Od razu podążyliśmy na wschód, już drogą lądowo-promową. I w ten sposób dotarliśmy do Labuan Bajo na wyspie Flores. Wysiedliśmy z promu, po ośmiogodzinnej przeprawie z wyspy Sumbawa, o drugiej w nocy. Wędrując przez uśpione miasto zauważyliśmy centra nurkowe, wtedy pomyślałam, że trzeba będzie dokładniej sprawdzić to miejsce.
Czy miał to być kolejny epizod i przygoda z nurkowaniem czy może przeczuwałaś, że zatrzymasz się tam na dłużej?
Właśnie, kluczem do tej całej wędrówki było poszukiwanie miejsca na rozpoczęcie własnego nurkowego interesu. Myśleliśmy o romantycznym, małym resorcie na koralowej wyspie z własnym centrum nurkowym. Podróż na wschód z wyspy Bali była poszukiwaniem czegoś odpowiedniego, jednak bez wielkich konkretnych założeń, chyba liczyliśmy raczej na intuicję, na to, że kiedy się znajdziemy w odpowiednim miejscu poczujemy to. W tej chwili myślę, że byliśmy dość naiwni i szaleni. Kiedy się już tam znaleźliśmy, to nie wiedziałam wcale, że zostanę tam dłużej. Być może właśnie wtedy zadziałała intuicja, która pozwoliła mi dostrzec potencjał miejsca. W każdym razie zostaliśmy.
Jak radziłaś sobie w pierwszych dniach i tygodniach? Czy początki były trudne czy wręcz przeciwnie, wszystko szło pięknie i gładko?
Może najlepsza odpowiedź będzie taka, że gdybym miała wszystko przeżywać od początku chyba bym zrezygnowała. Dni i tygodnie to za mało, trwało to kilka miesięcy, ale wtedy chyba jeszcze działała adrenalina, byliśmy pełni entuzjazmu, nie widzieliśmy żadnych trudności. Z wielkim zapałem zabraliśmy się za kupowanie ziemi, ba całej wyspy. Naiwnie, bez odpowiednich dokumentów, prawie daliśmy się oszukać czterem braciom, którzy twierdzili, że są właścicielami wyspy. Kupiliśmy najpierw łódź, która miała tę wyspę obsługiwać. Na szczęście w porę ochłonęliśmy, z kupna wyspy nic nie wyszło, została łódź. Na tyle duża, że mogliśmy ją przerobić na łódź safari. Przygotowałam plany, znalazłam cieśli i potem się już potoczyło. Czas płynął swoim rytmem, a my mieliśmy nieustające przygody. Zwykle niemiłe. Łącznie z pełnym dniem spędzonym na przesłuchaniu na policji w sprawie kupna nielegalnego drewna, co oczywiście nie było prawdą, z ciągłymi próbami wyłudzenia od nas łapówek i długim przyzwyczajaniem się do miejscowej kultury pracy…
Ja się jednak uparłam, udało się przetrwać, potem było już łatwiej. Gorzej z moim pierwszym wspólnikiem, który nie wytrzymał i uciekł. Spontanicznie spakował swój plecak i poleciał na Bali.
Ile czasu zajęła Ci nauka języka, po jakim czasie mogłaś się już dogadać, porozumieć z miejscowymi ludźmi?
Nauka indonezyjskiego była akurat najmniejszym problemem. Na szczęście, w swojej potocznej, codziennej wersji, nie jest zbyt skomplikowany oraz ma alfabet łaciński. Brzmi ładnie, sympatycznie. Wymowa jest prosta, czyta się prawie tak samo jak po polsku. Poza tym rzuciłam się od razu na głęboką wodę, nie miałam wyboru. Łódź się już budowała, trzeba było zamawiać drewno, części, omawiać projekt z cieślami. Po angielsku nikt nie mówił. Ze słownikiem, często rysując przedmioty i pytając o ich nazwę, jakoś szło. Z tygodnia na tydzień było lepiej.
Wiem, że nie był to pierwszy egzotyczny kraj, który odwiedziłaś, ale pomimo napotkanych trudności na pewno coś Cię tam urzekło i zachwyciło? Pamiętasz jeszcze, co to było?
To jak pytanie o ulubioną książkę lub film, nie da się odpowiedzieć jednym słowem lub zdaniem. Zapewne był to jakiś zespół czynników, trudno uchwytnych, których całokształt wpłynął na moją decyzje. Może to było to, że Labuan Bajo nie jest miejscem cukierkowym, jak z folderów. Przeciwnie, to niezbyt zachwycające miasteczko, brudny port. Przypływają tam wielkie, drewniane łodzie cargo, które dowożą wszelkie potrzebne rzeczy. Załogi brudne, spocone rozładowują cement i żywność. Atmosfera jak sprzed stu lat. Miasto jest brzydkie, chaotyczne, żywe, pulsujące, czuje się w powietrzu wibracje i oczekiwanie na wielki boom. Są sklepy prowadzone przez Chińczyków, typu mydło i powidło, zakurzone, zawalone towarem, z milczącymi właścicielami liczącymi pieniądze za biurkiem. Są grupki młodych ludzi bez żadnej pracy, prawie wzbudzające poczucie zagrożenia.
A równocześnie, zaraz obok są miejsca przepiękne z nieskażoną przyrodą, ludźmi żyjącymi w swoich wioskach, prosto i spokojne. Na zachód od Labuan Bajo jest Park Narodowy Komodo, suchy i dziki, z waranami i swoim podwodnym światem. Na wschód rozciąga się wyspa Flores, pokryta lasami, aktywnymi wulkanami, animistyczna, gdzie wciąż toczą się lokalne wojny o ziemię, a czarownicy mogą uśmiercić wrogów na odległość.
Myślę, że może ta mieszanka mi się spodobała. Pominąwszy, oczywiście biznesowe kalkulacje, które także wyglądały korzystnie.
Jak długo trwało pierwsze zauroczenie i fascynacja Indonezją, wyspą Flores i kulturą, a może nadal trwa?
Zapewne trwa, skoro jestem tu do tej pory, choć na ten fakt składa się także determinacja i upór. Wielu uciekło, jak mój pierwszy wspólnik, nie wytrzymawszy warunków pracy, tęskniąc za wygodami i resztą rzeczy, do których przywykli. Często też spotykam osoby, które są tak zafascynowane Indonezją, przyjaznymi i wiecznie uśmiechniętymi ludźmi, że decydują się tu zamieszkać, a potem nagle dostają kubeł zimnej wody na głowę. Bo tu jest tak, jak wszędzie, są rzeczy dobre i złe, lepsi i gorsi ludzie. Dla mnie to miejsce, jak każde inne na świecie.
Wybudowałaś pierwszą łódź, nazwałaś ją Ari Jaya i zamieszkałaś na niej przez jakiś czas. Jak to jest, gdy mieszka się na łodzi?
Dla mnie w tej chwili to normalne. A jak miałam czasem dość, to mówiłam sobie, że to po prostu moje miejsce pracy, dla mnie na pewno ciekawsze niż biuro. Myślę też, że miałam dość dobrą zdolność adaptacji na początku. Nagle znalazłam się na niewielkiej łodzi, z indonezyjską załogą, a w czasie safari z turystami. Właściwie bez miejsca do schronienia się w odosobnieniu. I ku mojemu zdziwieniu nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo.
Poza tym, w czasie safari łódź się cały czas przemieszcza, schodzimy na ląd w rożnych miejscach. Każde safari jest inne, inni ludzie, inne warunki na morzu, inne niespodzianki pod wodą. To wszystko rekompensuje małą przestrzeń i konieczność kompromisów z innymi mieszkańcami łodzi.
www.aridive.com

Pierwsza łódź Oli - Ari Jaya
Organizujesz safari nurkowe po Parku Komodo. Czy zainteresowanie takim sposobem spędzania czasu rośnie?
Na pewno. W końcu z jednej małej łodzi zrobiły się już trzy. A inni też rozwijają swoje biznesy. Nurkowanie jest coraz bardziej popularne, mnóstwo ludzi to uwielbia, chociaż zdarzają się i tacy, którym zależy tylko na tym, by zaimponować znajomym. Zadowalające jest to, że podróżuje coraz więcej rodzin z dziećmi. Zwiedzają razem rożne dzikie zakątki Indonezji. Celują w tym zwłaszcza Francuzi. Jeśli widzę rodzinę, rodziców i np. trójkę małych dzieci, którzy właśnie przyjechali z męczącego objazdu po Flores, to na 90% są to Francuzi. Nie wiem skąd mają na to energię. Ale przyjeżdża też coraz więcej rodzin z Polski. I dobrze, dzieci od małego patrzą na inne światy, innych ludzi, inne filozofie życia.
Czy dużo masz klientów z Polski?
Pojawia się tutaj coraz więcej Polaków. Są to zarówno indywidualni turyści, jak i grupy zorganizowane przez kluby nurkowe. Polacy się ruszyli. Oprócz tych, którzy od dawna podróżują po całym świecie (można się zdziwić, ale połowa moich klientów była już niemal wszędzie) przyjeżdża coraz więcej tych, którzy dopiero teraz przekonali się, że to nie jest takie trudne, że to nie koniec świata, że można tu dotrzeć i jest to w zasadzie dostępne.
Czy po siedmiu latach pobytu na Bali, Komodo i Flores coś Cię tam jeszcze zaskakuje?
Wiele osób mi mówi, patrząc z dystansu, że moje postrzeganie nie jest już takie samo. Nie dziwią mnie już rzeczy, które powinny mnie dziwić lub denerwować. Nie wiem, jak jest naprawdę, bo ja mam wrażenie, że wściekam się nieustannie, ostatnio np. jeżdżąc samochodem po Bali.
Często też zdarza mi się, że coś mnie zaskakuje, denerwuje i myślę sobie: „w Polsce to jest inaczej, lepiej” A potem, kiedy jestem w Polsce, trafiam na te same sytuacje. Co z tego, że się złoszczę na to, że ludzie w Indonezji wyrzucają śmieci gdzie popadnie, skoro potem w Polsce trafiam na to samo, na przykład w lesie. Trudno mi też zaakceptować sposób traktowania zwierząt w Indonezji. A potem czytam w polskich gazetach o identycznych sytuacjach u nas.
Zastanawiam się czy wszechobecne tutaj czary i magia mają mnie zaskakiwać? Może tak, bo uważam się za osobę racjonalną. Ale czy w Polsce jest inaczej? A szeptuchy na wschodzie Polski? A modły o cudowne uzdrowienie przed obrazami? Wiara w relikwie? Raczej z czasem widzę coraz więcej podobieństw niż różnic. Nauczyło mnie to wszystko trochę pokory, coraz rzadziej myślę lub mówię: „u nas to jest tak i tak, jako kontrast dla tego, co jest w Indonezji”.
Ola dziękuję za Twoje szczere odpowiedzi i mam nadzieję, że wkrótce opowiesz nam jeszcze o Twojej pasji, jaką jest nurkowanie i zabierzesz nas w podwodny świat wokół wysp Parku Komodo.
Ola Liana – Polka, z wykształcenia (ale nie z praktyki) prawnik. Rozpoczęła nurkowanie na studiach w Krakowie w znanym klubie Krab. Po studiach wyjechała pracować jako divemaster w Meksyku a potem na Malediwach. W 2004 roku, na skutek skomplikowanych zależności osobistych i bardzo wstępnych planów biznesowych trafiła do Indonezji i zupełnie przypadkiem na wyspę Flores do kontrowersyjnego portowego miasta Labuan Bajo. Po wielu trudach i pokonanych przeszkodach zbudowała z ówczesnym wspólnikiem pierwszą łódź Ari Jaya, na której mieszkała i prowadziła safari nurkowe na Komodo od 2005 roku. Po ucieczce wspólnika kontynuowała tę przygodę, zmieniając wspólników i ich narodowości. Zwiazała się z kapitanem swojej łodzi, o imieniu Sardianto, doświadczonym człowiekiem morza, który na łodziach transportowych opłynął wszystkie morza Indonezji. W 2009 roku zbudowali większą łódź Lalunia, której współwłaścicielką jest prawniczka Magda Dąbrowska z Warszawy. A ostatnio, w 2011 roku, łódź Prałiwi. W grudniu 2009 roku urodzil sie Toni, którego także często można spotkać na pokładzie.
Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o łodzi i safari nurkowym w Parku Komodo zapraszam do odwiedzenia strony:
www.aridive.com
(wkrótce strona zostanie uaktualniona i pojawią sie na niej wszystkie trzy łodzie)
|