• Kufer Podróżnika
  • Kufer Podróżnika
  • Kufer Podróżnika
  • Kufer Podróżnika
Polish English French German Russian Spanish

Wyszukiwarka produktów

Waluta

Zmień walutę.

Logowanie






Nie pamiętasz hasła?
Zapomniałeś nazwy użytkownika?
Nie masz jeszcze konta? Rejestracja

Newsletter

Najnowsze informacje ze sklepu Kufer Podróżnika w Twojej skrzynce pocztowej.


Imię:

Email:

Linki

Twój Koszyk

Pokaż koszyk
Twój koszyk jest pusty.
Strona główna Strona główna ...... O nas O nas ...... Regulamin Regulamin ...... Pomoc Pomoc ...... Czytelnia Czytelnia ...... Galeria zdjęć Galeria zdjęć ...... Kontakt Kontakt
La Dolce Vita - włoska przygoda Email
poniedziałek, 12 września 2011 17:56

La Dolce Vita - włoska przygoda

Na drewnianym zegarku zawieszonym nad łóżkiem wybija siódma rano. Przez okno mojego pokoju leniwie wpadają promienie słońca, załamując się lekko przez witrażowe okno i muskając przy tym panelową podłogę. Szukam szczoteczki, zamaszystym ruchem chwytam ją w dłoń jak królewskie berło i udaję się w kierunku łazienki. Po chwili jednak przypomniało mi się, że podobno Rzymianie w przeszłości używali sproszkowanych mysich mózgów, jako pasty do zębów! Na samą myśl o tym wzdrygnąłem się... Wybiegłem na ulicę, która ciągnęła się jak długa smuga światła rozświetlona przez słońce. Smuga, która gaśnie tylko w przyjemne włoskie wieczory wypełnione odgłosami cykad. Stałem tak przez kilka minut miotany lekkim podmuchem wiatru, który jakby sprowadzał mnie na ziemię z moich marzycielskich otchłani. Patrzyłem  w  niebo i napawałem się tym uczuciem, że nic nie muszę. Stałbym tak jeszcze pewnie trochę, gdyby nie odgłos autokaru, który głośno mnie wzywał.

 

-Jaki niecierpliwy!- pomyślałem. Przecież to są Włochy. Tu wszyscy są cierpliwi! Rozmarzony pobiegłem do autobusu sprawdzając czy wszystko zabrałem. Zająłem swoje miejsce ze świadomością czekającej mnie przygody. Niewiarygodne ile taki autobus może pomieścić ludzi. Czułem się trochę jak sardynka w puszce. Przed nami 4 godziny podróży. Po drodze mijam kramiki z kawałkami pysznej, włoskiej pizzy krojonej na kawałki. Kiedy spróbowałem jej pierwszy raz nie dziwiłem się, że słynna królowa wzdychała nad nią z zachwytem. W 1899 roku Małgorzata z dynastii Sabaudzkiej postanowiła odwiedzić słynnego w całym Neapolu kucharza Rafała Esposito. Ten uradowany i podekscytowany wizytą niezwykłego gościa przygotował specjalną pizzę w kolorach włoskiej flagi. Wykorzystał do tego bazylię, ser mozarella i pomidory. Swojemu dziełu nadał nazwę Margherita, co po włosku oznacza Małgorzatę. Zachwycona monarchini i jej uradowane przez młodego kucharza podniebienie spowodowali, że owe kulinarne dzieło podbiło świat.

Drzewa oliwkowe szurały po oknach autokaru, a po drodze machali do nas sprzedawcy pomarańczy zwani po włosku Arancio venditore. Niby zwykły owoc, ale to właśnie on w czasach mitologicznych uznawany był za złote jabłko oraz symbol niewinności i płodności. Przed nami jeszcze godzina drogi. Te włoskie od dawna są zaliczane do najlepszych w Europie. Nie z przypadku wzięło się powiedzenie, że „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu” Za czasów swojej świetności Oktawian August umieścił na Forum Romanum kolumnę pokrytą pozłacaną blachą. Stała ona w miejscu skrzyżowania Via Aurelia, Ostiensis, Flamina, Salaria i Appia łączących to rozkwitające miasto ze wszystkimi prowincjami Imperium. Nasza droga miała nas jednak zaprowadzić do miejsca niezwykłego, położonego wysoko i bardzo małego. Na mapie jest tylko „zwykłym kółkiem” a w rzeczywistości pięknym, lecz niestety uzależnionym od Włoch państwem. Prawdopodobnie nie powstałoby ono bez udziału jednego człowieka. A tak właściwie było ich dwóch. Dioklecjan, który nienawidził chrześcijan i za wszelką cenę starał się ich wytępić i Marinus, poczciwy kamieniarz oraz budowniczy. Zastraszany i tłamszony przez rzymskiego cesarza duchowny musiał uciekać. I wtedy skrył się na szczycie Monte Titano, najwyższym z siedmiu wzgórz tworzących San Marino. Założył tam wspólnotę chrześcijańską i na jego cześć powstała Republika San Marino słynąca z pysznych win.

Jesteśmy na miejscu! Wjeżdżamy do San Marino.

-Naprawdę wysoko! -pomyślałem. Sprawdzam jeszcze czy mam zapas wody, karty pamięci i aparat. Nagle spoglądam za okno i zaczynam przecierać oczy ze zdumienia. Uliczni sprzedawcy wychodzą i witają nas polskimi flagami, falującymi na wietrze jak niewinne fale obijające się o brzeg. Czyli o nasz autobus! Wychodzę spoglądam na zegarek. Piąta?...Czwarta?...Dziesiąta?... Nieważne. Biorę jeden wielki łyk powietrza i myślę sobie: Boże! Zostańmy tu jak najdłużej! Idę i rozglądam się dookoła. Widzę uśmiechniętych ludzi, małe domki w dole, które trzymają się kurczowo siebie jakby miały się zapaść w grząskim gruncie i na każdym kroku mnóstwo jedzenia dla zgłodniałych turystów. Są też sklepy z podróbkami perfum. Dolce i Gabbana kuszą prawie ze wszystkich stoisk. A ich sprzedawcy niewinnie się uśmiechając co chwila wołają: Polacy! Polacy! Uśmiechając się, lecz ciągle zachowując zdrowy rozsądek ruszamy na Monte Titano. Wąska droga wyłożona małą kostką ciągnęła się jak falujący skrawek sukienki włoskiej primadonny. Ludzie jak samoloty pędzili do celu nie patrząc na przeszkody w postaci kramików oferujących przeróżne memorabilia, czyli pamiątki. Doszliśmy do Bazyliki Świętego Marinusa gdzie każdy mógł zobaczyć jego prochy. Nagle poczułem zapach. Było to dla mnie tym bardziej dziwne, że już gdzieś kiedyś się z nim spotkałem. Nie słuchając przewodniczki postanowiłem udać się za ową wonią i tak niespodziewanie zaprowadziła mnie ona do małego sklepu. Stoję i patrzę. Oczu nadziwić nie mogę. Veri Angeli! Prawdziwe anioły! Otworzyłem drzwi i powitał mnie niewysoki mężczyzna, który wręczył mi ulotkę. Tak trafiłem do sklepu z aniołami słynnej włoskiej malarki Anny Corsini. Wewnątrz wielkie niebieskie ściany a na nich obrazy. Ze wszystkich uśmiechały się do mnie cudowne, skrzydlate stwory wystające z wanien i wazonów. Skusiłem się na mały obrazek i już chciałem opuścić sklep, kiedy nagle mężczyzna zawołał mnie, rozsunął kotarę i po chwili mrugnięciem oka przywołał mnie do siebie. Zapadła cisza...

-To jej najcenniejszy obraz- powiedział.  Obity po bokach twardą skórą, obły wytwór wyobraźni malarki wydawał się lśnić anielskim blaskiem. Mały anioł spoglądał i uśmiechał się, a mnie ogarnęło wspaniałe uczucie. Podszedłem bliżej i poczułem ten sam zapach, który przywiódł mnie to do tej krainy anielskiego strażnika.

Po znalezieniu grupy dołaczyłem do niej jakby nigdy nic... Poczułem się jak Sherlock Holmes w krainie aniołów. Idąc do autokaru wstąpiliśmy jeszcze do sklepu z winami, gdzie powitali nas polscy sprzedawcy. Dorośli mogli próbować i rozkoszować się smakiem trunków. Radośnie i z uśmiechem pożegnaliśmy San Marino. Po kilku dniach odpoczynku ruszyliśmy w końcu do Rzymu. Zajęliśmy miejsca w autokarze. Przez moment, jak nigdy zrobiło się bardzo cicho. Wszyscy skupieni i nagle… fuoco nel fuoco. Z radia śpiewał do nas Eros Ramazotti. To był znak, że czeka nas dobry dzień. Jechaliśmy szeroką drogą kiwając się na wszystkie strony, po czym skręciliśmy w wąską ulicę gdzie autokar stanął.

-Jestem w Rzymie!- krzyknąłem.  Mieście tylu malarzy, artystów, pisarzy. To tu tworzyli Wergiliusz i Horacy. Tu rządził Marek Aureliusz i tu istniało i istnieje życie kulturalne całej Italii. Colosseo- nasza stacja. Wysiedliśmy, spotkaliśmy się z przewodniczką i ruszyliśmy w nasz marsz na Rzym. Koloseum budowano 8 lat. Krwawe walki były tam codziennością. To właśnie w tym miejscu rozpoczęliśmy zwiedzanie. Dalej było już tylko lepiej. Boskie Forum Romanum- centrum dyskusji i spotkań Rzymian. Potem Kapitol i pomnik Marka Aureliusza, który pewnymi elementami przypomina nasz Poniatowskiego w Warszawie. Stamtąd po drodze widząc apartament, który wynajmuje Sophia Loren udaliśmy się do Fontanny Di Trevi gdzie Anita Ekberg wabiła Marcello Mastrioanniego do wspólnej kąpieli w filmie "La Dolce Vita" F. Felliniego. Ludzi tłum, ale atmosfera miejsca niesamowita. Plac hiszpański zrobił na mnie ogromne wrażenie. To tu Audrey Hepburn wdzięczyła się do Gregory'ego Pecka w "Rzymskich Wakacjach" i przyznam, że całkiem dobrze jej szło. Kiedy dostaliśmy trochę wolnego czasu serce zabiło mi szybciej. Wszystkie problemy stały się małe i nieważne. Ważne był tylko to co jest tu i teraz. Nagle podchodzi do mnie mężczyzna oferujący kartki pocztowe. Great price! 20 cards, 10 Euro! Uśmiecham się i mówię: Oh no my dear! 5 Euro. Zgodził się i tak oto 20 pięknych kartek pocztowych znalazło się w mojej torbie. Nie lubię kiedy przed wyjazdem ktoś uprzedza mnie do danej narodowości. Uważam, że wszystko należy od nastawienia. Włosi są bardzo charakterni ale też cierpliwi. Każdy stoi w kolejce radosny i nikt nie ma skwaszonej miny. Spoglądam na niebo, puszczam oko i nagle słyszę :Voyager? Obracam się ze zdziwieniem i widzę młodą dziewczynę z kwiatami we włosach, która podaje mi do ręki coś w rodzaju wielkiego orzecha. Noce, provalo (wł. orzech, spróbuj) W pierwszej chwili nie zrozumiałem ale nie wypadało mi odmówić. Wziąłem do ust małą kulkę i poczułem, że odpływam. To był najsmaczniejszy orzech w moim życiu. Uśmiechnąłem się radośnie i z racji tego, że nie mówię po włosku przeszliśmy na angielski. I tak poznałem Lunę. Od słowa do słowa uruchamiając swoją ciekawość i korzystając z okazji, że mam przed sobą prawdziwą Włoszkę dowiedziałem się, że najdłuższy wyraz w Italii to „precipitevolissimevolménte” . Po powrocie do Polski sprawdziłem i okazało się, że znaczy to dosłownie „łeb na szyję” Księżycowa nieznajoma powiedziała mi też, że w starożytnym Rzymie skazańców smarowano miodem i wystawiano jako przysmak dla os. Rozmawialiśmy, czas leciał. Wyłączyłem telefon, schowałem głęboko aparat i co chwila wypytywałem się o nowe ciekawostki. Zleciało pół godziny. Czas wolny dobiegł końca. Wymieniliśmy się adresami i rozeszliśmy w obie strony. Słońce nadal świeciło. Ludzie wciąż krzyczeli zachęcając do kupna pysznych bombolone czyli małych pączków. Młoda kobieta niosła na ręku kota a mężczyzna obok mnie nucił coś pod nosem. Mnie jakby nie było. Rozmowa pochłonęła mnie całkowicie. Pewnie już nigdy nie spotkam Luny. Kiedy podróżuję staram się żyć zgodnie ze zwyczajami miejscowej ludności. Zapominam o tym co błahe i nieważne. Nie lubię siedzieć w hotelu lub leżeć cały dzień na plaży, żeby przywieźć piękną opaleniznę. Zawsze chcę wyjść do ludzi, spojrzeć im w oczy i zobaczyć jak żyją. Wszystkie stereotypy chowam do kieszeni i zapadam w dziwny dla mnie stan medytacji i spokoju. Wyłączam telefon….

Budzik dzwoni! 4 rano! Ciemna noc. Jestem w Fiuggi. Przecieram oczy, ubieram się i zbiegam na dół. Za pół godziny wyjeżdżamy do Wenecji. Najpierw jednak czas na śniadanie.

-Znowu makaron! Za kogo oni nas mają !-krzyczy Niemka ze stolika obok

-To się robi niepoważne! Mam tego dość!- odezwał się szczupły Anglik w zielonej koszuli.

Uśmiecham się zajadając pyszne danie i obserwując zmieszanego kucharza. We Włoszech to podstawa. Tradycyjny posiłek włoski składa się z antipasto (przystawka), pasty, ryb, mięsa albo drobiu wzbogaconego risotto lub sałatką. Taki posiłek zakończony jest deserem. Istniała legenda, że makaron z Chin przywiózł sam Marco Polo. Z czasem jednak została ona obalona przez sceptycznych badaczy.

Ten niezwykły Wenecjanin rozsławił jednak to miasto swoimi podróżami. Wraz z ojcem i stryjem dotarł do Chin, przemierzając Jedwabny Szlak. 1271 roku mężczyźni wyruszyli z młodym Marco na Daleki Wschód. Młody podróżnik dotarłszy na dwór Kubłaj-Chana piątego wielkiego chana mongolskiego i pierwszego cesarza Chin z dynastii Yuan zrobił na władcy takie wrażenie, że odbywał dla niego podróże w najdalsze zakątki świata. Chan nie chciał zgodzić się na powrót Marco do ojczyzny. Dopiero kiedy ten dostał zadanie zawiezienia mongolskiej księżniczki do rezydującego w Persji króla udało mu się uciec. Przez Morze Południowochińskie i Cieśninę Malakka dotarł do Indii gdzie przekazał narzeczoną. Z tego niezwykłego kraju po długiej przeprawie przez ląd i morze dotarł wraz z ojcem i stryjem do Wenecji w 1295 roku. Kiedy wjechaliśmy do tego miasta poczułem się trochę jak młody Marco. Pełen zapału i chęci do odkrycia tego co nieznane. Było mi przykro, że włoska przygoda dobiega końca. Wiedziałem jednak, że odwiedzę miejsce wyjątkowe. Udało mi się dotrzeć do Pałacu Dożów, kupić maskę przy Placu Świętego Marka. Płynąłem też Giudeccą, czyli małym stateczkiem. Przy moście Rialto natknąłem się na sklep „Legatoria” otwierający drzwi do wyjątkowej krainy dla wszystkich miłośników artykułów piśmienniczych. W wąskiej ulicy spotkałem mężczyznę, który śpiewał ukochanej serenadę. Zaskoczeniem było dla mnie to, że jeszcze dwie godziny przed moją wizytą na placu stała woda. Jej pozostałości wciąż odznaczały się na kafelkach przy wejściu do Bazyliki. Wenecja zaprosiła mnie do siebie. Poczęstowała kawą, wzbogaciła o cudowne wspomnienia. Nieważne w jakim miejscu na świecie przebywamy. Ważne jest to, żeby umieć się tym cieszyć.

Nagle zaczęło się ściemniać. Wokół zrobiło się jakoś spokojnie. Fale łagodnie, obijały się o brzeg kanału…

Pożegnanie z Włochami nie było łatwe. Czekając na parkingu Tronchetto usiedliśmy wszyscy na ziemi i przy zachodzie słońca zajadaliśmy kanapki. W dzienniku zanotowałem ostatnie zdania opisujące moje wrażenia. Dokładnie jak Casanova, awanturnik i podrywacz, który w swoich pamiętnikach opisywał podboje miłosne i wrażenia. A Marco? Chyba patrzy na mnie z góry…

Michał Lachowicz

 
Opublikuj na Facebook
 
© Copyright 2010
Kufer Podróżnika
ul. Klimeckiego 14
30-705 KrakĂłw
Projekt i wykonanie: zalecki www design Maroko Spa