|
Świątynia Ta Prohm pochodzi z XIII wieku. Została wybudowana przez tego samego władcę, co Bajon na cześć jego matki. Było to sanktuarium i jednocześnie klasztor. Mieszkało tam około 5 tysięcy ludzi, w tym kapłani, ich asysteńci , tancerki. Na ich utrzymanie pracowali mieszkańcy pobliskiego miasta i okolicznych wiosek. W jego skarbcu przechowywano ponoć tony srebra, diamenty i inne drogocenne kamienie. Klasztor tętnił życiem, dzisiaj tkwi w objęciach tropikalnego lasu.
To jedyna świątynia w całym kompleksie, którą pozostawiono tak, jak ją odnaleziono. Nie była odnawiana, ani za wszelką cenę wyrywana dżungli.
Pięknie i zarazem smutno wyglądają omszałe kamienie, porośnięte bluszczem resztki korytarzy i wieże oplecione korzeniami figowca bengalskiego i drzewa kapokowego. Co zniszczyła siła przyrody, to zniszczyła, ale teraz korzenie te podtrzymują to, co pozostało i usunięcie ich spowodowałoby całkowite zawalenie się świątyni. Tak więc będzie ona trwała w ich mocnym uścisku przez kolejne dziesiątki, a może i setki lat.
Śliczna sceneria, fotogeniczne miejsce i pobudzające wyobraźnię, ale niestety zawsze pełne turystów. Trudno trafić tu na moment, by choć przez chwilę pobyć sam na sam z magią tych murów. Trudno tu o ciszę i spokój, które pozwoliłyby na kontemplację uroku zabytkowych budowli.
No cóż, do Angkoru trzeba jechać, jak najszybciej, bo za kilka lat, to już nie będzie to samo miejsce. Turyści je najzwyczajniej zadepczą i straci swoją niesamowitą atmosferę.
Jeszcze dwa lata temu, gdy każdego dnia wędrowało po kompleksie około 4 tysiące ludzi, można było znaleźć puste i ciche świątynie, szczególnie w południe, gdy autokary wywoziły japońskich turystów na obiad do hoteli. W Angkorze pozostawali nieliczni. Moim zdaniem jeszcze wtedy nie było zastraszającej komercji na wielką skalę. Budki z pamiątkami i stoiska z napojami znajdowały się w pewnym oddaleniu od zabytków, nie zasłaniały ich i nie szpeciły krajobrazu.
Teraz Angkor znowu rozkwita, przeżywa swoje odrodzenie i istnieje ryzyko, że tak, jak kiedyś wtargnął tu las, tak teraz wtargną tłumy ludzi i komercja.
Dziesięć lat temu odwiedzało go 8 tysięcy turystów rocznie, w tym roku władze spodziewają się 8 tysięcy turystów dziennie. Niemożliwe? Dlaczego nie? Przecież będą kupować bilety, bedą płacić za wszystko i będą sobie chodzić wszyscy razem, całymi tabunami po kamiennych schodach i świątynnych korytarzach, aż te rozlecą się całkowicie...To może zbyt pesymistyczny scenariusz i miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie i zabytek, który przetrwał inwazję dżungli, Czerwonych Kmerów, a także grabieżców dzieł sztuki nie ulegnie ludziom.

|